niedziela, 8 czerwca 2014

Otwieram oczy, mimo że powieki mam tak ciężkie, jakby dźwigały ciężar całego świata. Wszędzie wokół widzę biel, który jest wręcz oślepiająca. Nie pomaga mi to. Kręci mi się w głowie i mam mdłości. Jestem bardzo osłabiona, tylko... gdzie ja do cholery jestem? Wszystko tu jest takie sterylne, w powietrzu wyczuwa się charakterystyczny zapach.
Jestem w szpitalu.
Tylko dlaczego?
-O cześć kotku. Wreszcie się obudziłaś. Pewnie jesteś zdezorientowana i nie wiesz gdzie się znajdujesz. Otóż jesteś w szpitalu św. Jana w Phoenix. Zemdlałaś na apelu szkolnym. Zrobimy wszystko, aby jak najszybciej dowiedzieć się, co ci dolega i jak najszybciej przywrócić cię do zdrowia.
-Aaal.... - wymruczałam cichutkim i jednocześnie słabym głosikiem.
-Nie martw się teraz musisz odpoczywać. - starała się mnie uspokoić tajemnicza przedstawicielka służby zdrowia.
-Czy... czy moi przyjaciele są tutaj? - spytałam pełna nadziei. Może wam się wydawać dziwne, ale teraz najbardziej potrzebowałam ich, nie rodziców. Szczerze mówiąc, sama się sobie dziwiłam.
-Dostali zakaz odwiedzin, ponieważ nie było wiadomo, kiedy dokładnie się obudzisz i w jakim będziesz stanie, ale jeśli tak bardzo chcesz, mogę zrobić dla ciebie wyjątek i zadzwonić po jednego z nich. 
-Ale... naprawdę potrzebuję zobaczyć się z nimi wszystkimi.
-I tak poszłam ci na ugodę. Zdecyduj, do kogo mam zadzwonić.
W mojej głowie toczyła się prawdziwa wojna myśli. Z jednej strony potrzebowałam porozmawiać z Kamą, a z drugiej moje serce zaczynało bić gwałtownie na myśl o Jake'u. Jak miałam wybrać jednego z nich, skoro byli dla mnie jednakowo ważni. 
-Podam pani numer: 665 258 658. - mogłaby pani zadzwonić w moim imieniu?
-Oczywiście, skarbie. Notabene, mam na imię Jo i jestem tutaj nową lekarką. Właściwie nawet nie lekarką, dopiero skończyłam studia i odbywam staż.
-Dziękuję. Miło mi cię poznać. Przedstawiłabym się, ale zapewne już odczytałaś moje imię wraz ze wszystkimi moimi sekretami z tamtej karty. - wskazałam palcem tabliczkę wiszącą na moim łóżku.
Ale ona już wyszła i wybierała numer, który jej wskazałam. Wzywała moją bratnią duszę.
***
-Cześć kochana! - Jake podszedł do mnie i natychmiast mnie objął. - Tak się o ciebie martwiłem! Nigdy więcej mi tego nie rób!
-Ciebie też miło widzieć. - przerwałam jego potok słów.
Usiadł na taborecie obok mojego łóżka i złapał mnie za rękę. Zawsze wiedział, czego potrzebowałam. Czasami miałam wrażenie, że 16 lat temu ktoś rozdzielił jedną duszę na dwie części i włożył je do dwóch ciał. Odnaleźliśmy się.
W głębi duszy bałam się reakcji Kamili, ale na to było już za późno. Decyzja została podjęta.
Chłopak czuł się trochę nieswoje, co było widać po jego skrępowanych ruchach. Ja sama miałam podobnie. Znaleźliśmy się w dziwnej sytuacji. Każde z nas myślało o tym, dlaczego obok mnie siedzi on, a nie Kamila. To, że ledwo oddychałam, nie pomagało. Byłam słaba, niemal bezbronna.
-A więc zgaduję, że cała szkoła jest na mnie zła za przedłużenie apelu. – zaczęłam
-Przeciwnie. Wszyscy się o ciebie martwią, Sabino! – uspokoił mnie. –Wiesz może już co ci dolega. Naprawdę chciałbym wiedzieć, domyślanie się mnie zabija.
-Gdybym tylko wiedziała, byłbyś pierwszą osobą, której bym powiedziała. – rzekłam spontanicznie, natychmiast tego żałując. – Oczywiście razem z Kamilą. – dodałam szybko, by naprawić swój błąd.
Uśmiechnął się, ale znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie ma sensu drążyć tematu.
-Jestem pewny, że to nic poważnego. Niedługo wrócisz do zdrowia. Jeśli tylko uzyskam pozwolenie twoje i twoich rodziców, zabiorę cię na wakacje, byś odpoczęła od tego miasta, od tych ludzi. Kamila bez wątpienia zechce nam towarzyszyć.
-Byłoby cudownie, choć dziwnie spokojna o to, że rodzice się nie zgodzą. To byłoby zbyt proste. Musiałbyś… użyć swojego uroku osobistego. Chociaż będzie to trudne, bo ty go zupełnie nie posiadasz. – roześmiałam się.
-Bardzo zabawne! – odparł urażony, jednak po chwili zaczął się śmiać razem ze mną.
Popołudnie minęło nam bardzo miło. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nawet przez moment, kiedy byłam z nim, nie pomyślałam gdzie i dlaczego jestem. Byłoby mi bardzo dobrze. Nie musiałam się o nic martwić. Moja podświadomość wyrzuciła Kamę z umysłu.
Na dworze padało. Wpatrywałam się w krople deszczu, spływające po szybie. Zawsze mnie to fascynowało. W dzieciństwie zwykłam zgadywać, która z nich najszybciej ześlizgnie się na sam dół. Większość ludzi nie lubi deszczu, wręcz go nie cierpi. Ja w tej kwestii jestem inna. Zawsze, kiedy pada, czuję przepełniający mnie spokój. Podczas, kiedy każdy biegnie, starając się nie zmoczyć, ja wkładam słuchawki do uszu i słucham nastrojowej muzyki, często jest to piosenka Ron Pope „A drop in the ocean”. Przypominam sobie czasy, kiedy byłam tylko, a może aż, nieświadomym zła i cierpienia dzieckiem. Słodką, malutką dziewczynką, ubraną w różowe sukieneczki i uczesaną w dwie brązowe kiteczki. Teraz preferowałam ciemne ubrania, najczęściej spodnie, jednak czasami ubierałam też krótkie sukienki. Tak dla odmiany. Włosy najczęściej pozostawiałam rozpuszczone, jednak niekiedy zbierałam je w niesfornego koka. To było moje obecne życie. Kochałam muzykę, ale przede wszystkim książki. To w nich znajdywałam ukojenie bólu i wiele rozwiązań na aktualne problemy.
To byłam ja. Szesnastoletnia Sabina Malinowska.
***
Było mi tak dobrze, tak ciepło i przytulnie. Leżałam w łóżku i śniłam. Nie pamiętam o czym, ale ciągle czuję ogarniającą mnie przyjemność.
Ale zostałam brutalnie z tego snu wyrwana.
Otworzyłam oczy i oślepiło mnie światło. Nim zamknęłam je ponownie, zdążyłam ujrzeć zarys dziewczęcej twarzy, którą okalały rude, kręcone kosmyki, których zawsze jej zazdrościłam. Szybko się podniosłam i przytuliłam swoją najlepszą przyjaciółkę.
-Sabino, jak mogłaś. Narobiłaś mi tyle strachu. Tak się o ciebie bałam. Nigdy więcej tego nie rób!
Uśmiechnęłam się, bo jej reakcja była niemal identyczna, jak ta Jake’a.
-Wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie.
-Och, przepraszam. Ja po prostu tak się cieszę, że nic ci nie jest.- uścisnęła mnie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać. – Przepraszam.
-Nic nie szkodzi. To ja przepraszam, że jako pierwszego zaprosiłam Jake’a. Nie powinnam była.
-Dlaczego? To była twoja decyzja. Od zawsze wiedziałam, że jesteś i będziesz moją najlepszą przyjaciółką, ale też, że bardzo do siebie z Jake’iem pasujecie.
Moja twarz się gwałtownie zaczerwieniła.
-To nieprawda! Jak możesz tak mówić. Dobrze wiesz, że to zniszczyłoby nasze relacje. Nie mogłabym go stracić. Ja…
-Ja swoje wiem, Sabino. Szkoda twojego trudu.
Z nie dało się rozmawiać.
-Muszę lecieć, bo mama kazała mi iść na lekcje. Jak tylko wyjdę ze szkoły, od razu do ciebie przyjdę. Pa. – pocałowała mnie w policzek na pożegnanie.
I zostałam sama ze swoimi myślami.
Ale nie na długo.
Do pokoju weszła pielęgniarka i oznajmiło tonem, z którego nie dało się wyczytać żadnych emocji:

-Są już twoje wyniki.


sobota, 31 maja 2014

Prolog
Zawsze sądziłam, że życie jest piękne, że jest nieocenionym darem, który trzeba przyjąć i szanować. Na który trzeba zasłużyć. Nie było dnia, kiedy żałowałam, że zostałam powołana do niego powołana. Do teraz. 
Kiedy cofam się kilka miesięcy wstecz, moje serce krwawi. Tęsknię za tym, co straciłam. Na tym świecie nie ma sprawiedliwości, nie ma dobra. Jest tylko ból i cierpienie, którego się nie wybiera, które się znosi. Nie dlatego, że się chcę, że się rozumie. Dlatego, że nie ma się innego wyboru. Czy gorsze jest to psychiczne, czy fizyczne? Nie potrafię Wam powiedzieć. Ja sama przeżyłam oba, może i jestem silniejsza, mimo mojego młodego wieku, ale gdybym miała jakąkolwiek szansę, by go uniknąć, z pewnością bym ją rozważyła. Teraz nie wyobrażam sobie, że jeszcze kiedyś mogłoby być dobrze, mimo cichutkiej nadziei w sercu.
Ale zacznijmy od początku...
***
-Sabino, wychodź z domu, bo nie zdążysz na zakończenie roku! - krzyczy moja matka.
Patrzę na zegarek. Zostało mi zaledwie dziesięć minut, a ja jeszcze nie jestem gotowa. Postanowiłam ubrać sukienkę, jako że będę musiała wyjść na środek, by odebrać świadectwo z czerwonym paskiem. Moje życie jest perfekcyjne, jeśliby wziąć pod uwagę jedynie naukę. Nie mam z nią problemów, wcale się nie uczę, a i tak otrzymuję najwyższe noty. Czytam ogromne ilości książek. Kocham przenosić się do innego świata, opuszczać tą szarą rzeczywistość. Ale tylko na jakiś czas. Kocham życie. Kocham, mimo tego, że w szkole prawie nie mam przyjaciół. Prawie, bo rok temu w liceum pojawiła się moja bratnia dusza - Kamila. Od tego czasu miałam się z kim dzielić sekretami. Była tak samo dziwna, jak ja. Po jakimś czasie dołączył do nas chłopak, który zawsze siedział gdzieś z tyłu, oddalony od reszty grupy. Okazało się, że jest genialny. Jake (tak naprawdę Jakub, ale przywykłyśmy do nazywania go ksywą, którą nadałyśmy mu w dniu, kiedy podszedł do nas w czasie długiej przerwy, by spytać, czy moglibyśmy utworzyć wspólnie paczkę) lubił czytać, był bardzo mądry. Ale przede wszystkim, był cudownym przyjacielem. Zawsze nas chronił przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Często byliśmy wyśmiewani przez resztę, ale to nam nie przeszkadzało. Wykreowaliśmy sobie swój własny, kolorowy świat.
Wkładam prostą, czarną sukienkę do kolan. Rozpuszczam moje wyprostowane, czekoladowe włosy. Jestem gotowa, by rozpocząć wakacje po pierwszej klasie liceum. Szkoła leży niedaleko od mojego domu, więc idę pieszo. Docieram dokładnie na czas. Przed szkołą czekają na mnie Kami i Jake. Razem wchodzimy do szkoły. Towarzyszą nam radosne śmiechy.
-Dziewczyny, czyż to nie jest cudowne. Dwa miesiące wolności! I już nie będziemy kotami! Chodźcie!
-Tak, my też się cieszymy. - odparłyśmy chórem.
Całą salę wypełnij dźwięk ostatniego dzwonka w tym roku szkolnym. Przyszedł czas na wystąpienie wzorowych uczniów, aby odebrać świadectwo na środku. Nogi zaczęły mi drżeć, nawet nie wiedziałam dlaczego. Trochę się obawiałam, ponieważ po raz pierwszy ubrałam wysokie szpilki. Teraz zaczynałam żałować wyboru, od którego odwodziła mnie mama. Wreszcie nadszedł czas na uczniów klasy Ib.
-Sabina Malinowska!
"Okej, nic wielkiego"-próbowałam przekonać samą siebie. Dlaczego czułam się tak słabo. Dlaczego dziś?
Stanęłam na środku. Podszedł do mnie dyrektor i wyciągnął rękę ze świadectwem.
Ale ja tego nie widziałam. Widziałam ptaka lecącego wśród promieni słonecznych. Jasność. Tak świetlista, że aż oślepiająca. Zmrużyłam oczy, by je chronić.
I straciłam władze w nogach. Poczułam tylko, jak upadam na podłogę. A potem nic. Jakbym zapadła w sen.
Ale czy sen może boleć?