Otwieram oczy, mimo że powieki mam tak ciężkie, jakby dźwigały
ciężar całego świata. Wszędzie wokół widzę biel, który jest wręcz oślepiająca.
Nie pomaga mi to. Kręci mi się w głowie i mam mdłości. Jestem bardzo osłabiona,
tylko... gdzie ja do cholery jestem? Wszystko tu jest takie sterylne, w
powietrzu wyczuwa się charakterystyczny zapach.
Jestem w szpitalu.
Tylko dlaczego?
-O cześć kotku. Wreszcie się obudziłaś. Pewnie jesteś
zdezorientowana i nie wiesz gdzie się znajdujesz. Otóż jesteś w szpitalu św.
Jana w Phoenix. Zemdlałaś na apelu szkolnym. Zrobimy wszystko, aby jak
najszybciej dowiedzieć się, co ci dolega i jak najszybciej przywrócić cię do
zdrowia.
-Aaal.... - wymruczałam cichutkim i jednocześnie słabym głosikiem.
-Nie martw się teraz musisz odpoczywać. - starała się mnie
uspokoić tajemnicza przedstawicielka służby zdrowia.
-Czy... czy moi przyjaciele są tutaj? - spytałam pełna nadziei.
Może wam się wydawać dziwne, ale teraz najbardziej potrzebowałam ich, nie
rodziców. Szczerze mówiąc, sama się sobie dziwiłam.
-Dostali zakaz odwiedzin, ponieważ nie było wiadomo, kiedy
dokładnie się obudzisz i w jakim będziesz stanie, ale jeśli tak bardzo chcesz,
mogę zrobić dla ciebie wyjątek i zadzwonić po jednego z nich.
-Ale... naprawdę potrzebuję zobaczyć się z nimi wszystkimi.
-I tak poszłam ci na ugodę. Zdecyduj, do kogo mam zadzwonić.
W mojej głowie toczyła się prawdziwa wojna myśli. Z jednej strony
potrzebowałam porozmawiać z Kamą, a z drugiej moje serce zaczynało bić
gwałtownie na myśl o Jake'u. Jak miałam wybrać jednego z nich, skoro byli dla
mnie jednakowo ważni.
-Podam pani numer: 665 258 658. - mogłaby pani zadzwonić w moim
imieniu?
-Oczywiście, skarbie. Notabene, mam na imię Jo i jestem tutaj nową
lekarką. Właściwie nawet nie lekarką, dopiero skończyłam studia i odbywam staż.
-Dziękuję. Miło mi cię poznać. Przedstawiłabym się, ale zapewne
już odczytałaś moje imię wraz ze wszystkimi moimi sekretami z tamtej karty. -
wskazałam palcem tabliczkę wiszącą na moim łóżku.
Ale ona już wyszła i wybierała numer, który jej wskazałam. Wzywała
moją bratnią duszę.
***
-Cześć kochana! - Jake podszedł do mnie i natychmiast mnie objął.
- Tak się o ciebie martwiłem! Nigdy więcej mi tego nie rób!
-Ciebie też miło widzieć. - przerwałam jego potok słów.
Usiadł na taborecie obok mojego łóżka i złapał mnie za rękę.
Zawsze wiedział, czego potrzebowałam. Czasami miałam wrażenie, że 16 lat temu
ktoś rozdzielił jedną duszę na dwie części i włożył je do dwóch ciał.
Odnaleźliśmy się.
W głębi duszy bałam się reakcji Kamili, ale na to było już za
późno. Decyzja została podjęta.
Chłopak czuł się trochę nieswoje, co było widać po jego
skrępowanych ruchach. Ja sama miałam podobnie. Znaleźliśmy się w dziwnej
sytuacji. Każde z nas myślało o tym, dlaczego obok mnie siedzi on, a nie
Kamila. To, że ledwo oddychałam, nie pomagało. Byłam słaba, niemal bezbronna.
-A więc zgaduję, że cała szkoła jest na mnie zła za przedłużenie
apelu. – zaczęłam
-Przeciwnie. Wszyscy się o ciebie martwią, Sabino! – uspokoił mnie.
–Wiesz może już co ci dolega. Naprawdę chciałbym wiedzieć, domyślanie się mnie
zabija.
-Gdybym tylko wiedziała, byłbyś pierwszą osobą, której bym
powiedziała. – rzekłam spontanicznie, natychmiast tego żałując. – Oczywiście razem
z Kamilą. – dodałam szybko, by naprawić swój błąd.
Uśmiechnął się, ale znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie
ma sensu drążyć tematu.
-Jestem pewny, że to nic poważnego. Niedługo wrócisz do zdrowia.
Jeśli tylko uzyskam pozwolenie twoje i twoich rodziców, zabiorę cię na wakacje,
byś odpoczęła od tego miasta, od tych ludzi. Kamila bez wątpienia zechce nam
towarzyszyć.
-Byłoby cudownie, choć dziwnie spokojna o to, że rodzice się nie
zgodzą. To byłoby zbyt proste. Musiałbyś… użyć swojego uroku osobistego.
Chociaż będzie to trudne, bo ty go zupełnie nie posiadasz. – roześmiałam się.
-Bardzo zabawne! – odparł urażony, jednak po chwili zaczął się
śmiać razem ze mną.
Popołudnie minęło nam bardzo miło. Rozmawialiśmy o wszystkim i o
niczym. Nawet przez moment, kiedy byłam z nim, nie pomyślałam gdzie i dlaczego
jestem. Byłoby mi bardzo dobrze. Nie musiałam się o nic martwić. Moja
podświadomość wyrzuciła Kamę z umysłu.
Na dworze padało. Wpatrywałam się w krople deszczu, spływające po
szybie. Zawsze mnie to fascynowało. W dzieciństwie zwykłam zgadywać, która z
nich najszybciej ześlizgnie się na sam dół. Większość ludzi nie lubi deszczu,
wręcz go nie cierpi. Ja w tej kwestii jestem inna. Zawsze, kiedy pada, czuję
przepełniający mnie spokój. Podczas, kiedy każdy biegnie, starając się nie
zmoczyć, ja wkładam słuchawki do uszu i słucham nastrojowej muzyki, często jest
to piosenka Ron Pope „A drop in the ocean”. Przypominam sobie czasy, kiedy
byłam tylko, a może aż, nieświadomym zła i cierpienia dzieckiem. Słodką, malutką
dziewczynką, ubraną w różowe sukieneczki i uczesaną w dwie brązowe kiteczki.
Teraz preferowałam ciemne ubrania, najczęściej spodnie, jednak czasami
ubierałam też krótkie sukienki. Tak dla odmiany. Włosy najczęściej
pozostawiałam rozpuszczone, jednak niekiedy zbierałam je w niesfornego koka. To
było moje obecne życie. Kochałam muzykę, ale przede wszystkim książki. To w
nich znajdywałam ukojenie bólu i wiele rozwiązań na aktualne problemy.
To byłam ja. Szesnastoletnia Sabina Malinowska.
***
Było mi tak dobrze, tak ciepło i przytulnie. Leżałam w łóżku i
śniłam. Nie pamiętam o czym, ale ciągle czuję ogarniającą mnie przyjemność.
Ale zostałam brutalnie z tego snu wyrwana.
Otworzyłam oczy i oślepiło mnie światło. Nim zamknęłam je ponownie,
zdążyłam ujrzeć zarys dziewczęcej twarzy, którą okalały rude, kręcone kosmyki,
których zawsze jej zazdrościłam. Szybko się podniosłam i przytuliłam swoją
najlepszą przyjaciółkę.
-Sabino, jak mogłaś. Narobiłaś mi tyle strachu. Tak się o ciebie
bałam. Nigdy więcej tego nie rób!
Uśmiechnęłam się, bo jej reakcja była niemal identyczna, jak ta
Jake’a.
-Wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie.
-Och, przepraszam. Ja po prostu tak się cieszę, że nic ci nie
jest.- uścisnęła mnie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać. – Przepraszam.
-Nic nie szkodzi. To ja przepraszam, że jako pierwszego zaprosiłam
Jake’a. Nie powinnam była.
-Dlaczego? To była twoja decyzja. Od zawsze wiedziałam, że jesteś
i będziesz moją najlepszą przyjaciółką, ale też, że bardzo do siebie z Jake’iem
pasujecie.
Moja twarz się gwałtownie zaczerwieniła.
-To nieprawda! Jak możesz tak mówić. Dobrze wiesz, że to
zniszczyłoby nasze relacje. Nie mogłabym go stracić. Ja…
-Ja swoje wiem, Sabino. Szkoda twojego trudu.
Z nie dało się rozmawiać.
-Muszę lecieć, bo mama kazała mi iść na lekcje. Jak tylko wyjdę ze
szkoły, od razu do ciebie przyjdę. Pa. – pocałowała mnie w policzek na
pożegnanie.
I zostałam sama ze swoimi myślami.
Ale nie na długo.
Do pokoju weszła pielęgniarka i oznajmiło tonem, z którego nie
dało się wyczytać żadnych emocji:
-Są już twoje wyniki.